Zgodnie z nazwą bloga przesyłam pozdrowienia z urlopu. Co prawda urlop się już skończył, ale zawsze to miło opowiedzieć, jakie atrakcje czekają na wisłekowego wczasowicza. Niby wiadomo: to co wszędzie – morze i plaża. Może jeszcze Woliński Park Narodowy, jak ktoś lubi przyrodę. Ale jak się tam pojedzie, to okaże się, że to wyjątkowe miejsce do odpoczynku.
Przede wszystkim jest tam dość luźno. Widocznie potencjalnych wczasowiczów odstrasza informacja w internetowych wyszukiwarkach „odległość od plaży – 1800 metrów”, bo lepiej wygląda dystans 10 razy mniejszy. A właśnie owe półtora czy dwa kilometry to atut a nie wada. Idzie się ścieżką przez park narodowy. Spacer przez las to zupełnie coś innego niż przedzieranie się przez zatłoczoną ulicę jakiejś znanej nadmorskiej miejscowości. Tym bardziej, że im dalsze wejście, tym bardziej plaża dzika.

Plaża
(2019, wyrób własny)
Brak pogody zwykle odbiera sens wczasom nad Bałtykiem (przesadzam – spożywanie alkoholu w wesołym gronie, zwykle rekompensuje ten brak). W Wisełce byle nie padało – mamy do dyspozycji kilometry szlaków turystycznych i spacery wzdłuż plaży, choćby po to, żeby zobaczyć wyjątkowe klify. W tej sytuacji jedno z dwóch wymyślonych w czasie urlopu haseł, nie jest straszne (no bo zaliczając owe kilometry część da się spalić):
Kilokalorie – jedyne, co na urlopie na pewno cię nie zawiedzie
Drugie hasło tyczyło się pogody – oprócz dwóch dni na początku i trzech na końcu, była taka sobie. No dobrze – przez ponad połowę pobytu było zimno. Stąd drugie hasło, jakie przyświecało nam w Wisełce:
Pan wszedł do wody po uda,
Może głębiej mu się uda.

Łódki na plaży
(lata 80-te)